Radny bezradny?

Na portalu samorządowym ukazał się artykuł, który zainspirował mnie do podzielenia się z Państwem z kilkoma refleksjami.

Zdaniem Grzegorza Wójkowskiego,  eksperta akcji Masz Głos, Masz Wybór Fundacji Batorego oraz prezesa Stowarzyszenia Aktywności Obywatelskiej Bona Fides, "wyborcy ciągle wybierają anonimowych dla siebie ludzi, nie interesują się tym jak pracują, co przez te cztery lata robią. Lepiej jest na wsiach, bo tam ludzie się znają i każdy wie, kto jest radnym, spotyka go w sklepie, w szkole. W dużych miastach panuje anonimowość". Nasze miasto nie jest zbyt duże, też większość mieszkańców się zna, przynajmniej w pewnych środowiskach, grupach zawodowych czy sąsiedzkich. Niemniej jednak wiedza o tym, kto zasiada w radzie miasta czy powiatu jest niewielka. W ostatniej kampanii po raz pierwszy odwiedzałam naszych mieszkańców w domach. Zawsze w parze - wspierałam dwie nowe kandydatki na radne (jedna weszła do Rady Miasta) i chodziłam też razem z jednym radnym minionej kadencji. W tym drugim przypadku często mówiliśmy, że jest to radny, który po raz kolejny się ubiega o mandat. Spora część mieszkańców nie wiedziała, że był radnym i nie znała go. Niektórzy stwierdzali, że i tak nie interesuje ich, kto wejdzie do rady, bo nie będą się z radnym kontaktować. W związku z tym pytaliśmy, czy nie mają żadnych problemów z którymi mogliby się zwrócić. Czy nie warto zagłosować na daną osobę i potem śmiało do niej pójść po jakąś interwencję czy reprezentowanie interesów mieszkańców. Wydaje mi się, że jeśli się zagłosuje na kogoś, jest się uprawnionym do oczekiwania, że dana osoba podejmie się spraw, z którymi się do niej zwrócisz.

A jak to jest z tymi kontaktami z radnymi? Od wielu lat uczestniczę w sesjach Rady Miejskiej i często radni zadają do władzy wykonawczej pytania czy zgłaszają problemy "wyborców". Każdy radny ma stałe terminy dyżurów, jednakże wiem, że z frekwencją na nich bywa różnie, najczęściej mieszkańcy umawiają się z Przewodniczącym Rady. Oczywiście dobry radny to taki, który na co dzień jest otwarty na potrzeby swoich wyborców i przy okazji spotkań służbowych czy prywatnych wyłapuje te sprawy. I potem przekazuje dalej lub walczy o ich realizację.

Jak zostałam radną powiatową, myślałam, że zostanę "zarzucona" problemami do rozwiązania i prośbami o pomoc. Nawet się tego obawiałam trochę, bo jednak doba ma ciągle tylko 24 godziny, a obowiązków służbowych, społecznych i rodzinnych ciągle jakoś mam dużo. Tymczasem, choć minęło już dużo ponad pół roku, takie prośby mogę policzyć na palcach jednej ręki. Dosłownie pięć osób zwróciło się do mnie z jakimś problemem do poruszenia na sesji lub do przyjrzenia się sprawie w starostwie. Dwie z nich pewnie i tak by się zwróciły, gdybym nie była nawet radną, bo od lat pracuję w samorządzie i gdzieniegdzie mogę zainterweniować czy pomóc w rozwiązaniu problemu będąc tylko urzędnikiem. Biuro Rady Powiatu ma informację, że jak tylko jakiś mieszkaniec powiatu zwróci się z prośbą o kontakt ze mną, jestem do dyspozycji. Prowadzę też swojego bloga, który w tej chwili czytacie i wiecie Państwo, że podaję swojego maila do ewentualnego kontaktu w sprawach powiatowych. Ale jakoś tłumy nie dobijają się :). Oczywiście, moc jednego radnego nie jest zbyt duża, ciągle moim zdaniem rady mają zbyt mało uprawnień.  Zdaję sobie sprawę, że nie zawsze będę mogła coś zdziałać czy pomóc. Jest dużo ograniczeń formalnych i prawnych. Ale nie ukrywam, chciałabym mieć taką szansę...


Wcześniej cytowany Grzegorz Wójkowski radzi:

"Jeśli samorządem interesujemy się raz na cztery lata, to radni nie czują presji obywateli. Kiedy mamy jakiś problem, to idźmy z tym do radnego, ale na tym nie możemy poprzestać, musimy dopytywać, co zrobił z naszą sprawą, gdzie ją przekazał, z kim rozmawiał. Radny będzie wtedy wiedział nie tylko to, że ktoś patrzy mu na ręce, ale także to, że ktoś się interesuje tym, co robi, że to ma znaczenie.". Zgadzam się z nim w tym zakresie. A co Państwo o tym myślicie?

Poniżej link do artykułu na portalu samorządowym

http://www.portalsamorzadowy.pl/komunikacja-spolec...